30 wrz 2017

4. SPOKOJNIE, JAK NA WOJNIE.

Od samego rana to, co działo się w Chrumkowie przechodziło ludzkie pojęcie. Już w każdy inny zwykły dzień akademia ta mogła się starać o tytuł centrum europejskiego, magicznego chaosu. Teraz jednak nawet najstarsi, narzekający na gęsto pokryte kurzem ramy, mieszkańcy szkolnych obrazów nie potrafili połapać się w tym wszystkim. 
Już pierwsze kroki były dla Grywadzyna pechowe i wcale nie chodziło tu o wstanie lewą nogą. Gdy otworzył szufladę z bielizną, wyskoczyły z niej chyba z trzy domowoje, wywracając Grywadzyna, który z głuchym łoskotem opadł na wykładzinę. Trzy małe duszki, wielkości jego szkolnego plecaka, wyglądające trochę jak rozmyte, ułożone z mgły porannej kształty rozpierzchły się po całej jego kabinie, wydając przy tym dźwięki podobne do ściszonych, dziecinnych śmiechów. Pojedynczo śmiechy te wydawały się bardzo przyjemne, przypominając mu o jego młodszym braciszku, Bogusiu teraz pewnie wesoło lepiącym bałwana w syberyjskim śniegu. Teraz jednak natłok domowojów sprawił, że dźwięk ten był niemal nie do zniesienia. Grywadzyn postanowił to zignorować i z irytacją pocierając zaspane oczy, zaczął się przebierać. 
Nim zdążył nałożyć na siebie swoje ulubione spodnie, które jako jedne z nielicznych, zrobione były ze zwykłego materiału nie posiadającego w swym składzie futra z wiwerna, skóry śnieżnego węża czy uschniętej wątroby mroźnej ośmiornicy, domowoje zdążyły już szybko opuścić jego pokój, wylatując w szyku przez niedomknięte okno, zostawiając Grywadzyna w otoczeniu idealnego porządku. 
Podobno tym mniejszy pokój, tym łatwiej było utrzymać w nim czystość. Cóż, w przypadku Grywadzyna to powiedzenie nie miało racji bytu. Jego pokój był tak mały, że był niemal komorą do spania. Mieściło tu się tylko łóżko, biurko i szafa, a regał z książkami wisiał nad łóżkiem, niechybnie grożąc zawalaniem się podczas snu. Wolnego miejsca było w nim tyle, że Grywadzyn mógł jedynie stanąć i się okręcić. Mimo to, panował tu zawsze nieład, jakich mało. Skarpetki walały się po półkach z książkami, resztki po zapiekance ziemniaczanej pokrywały już nie tak idealnie szkarłatną wykładzinę, stare kartkówki i listy tworzyły mały Mount Everest pod biurkiem. A jednak dzielne, szkolne domowoje dały sobie z tym radę zaledwie w trzy minuty. 
Chłopak przeciągnął się jeszcze raz i wylazł leniwie ze swojego pokoju. W salonie siedziała już Karmelina z kubkiem wzmocnionej kawy w ręce, oraz Wilhelm, dziś jeszcze bardziej idealny niż zwykle. No, wszystko było w nim jak spod linijki. Tylko kolor skóry nieco wybijał się z tego iście okładkowego wyglądu. Chłopak był bowiem już nawet nie blady, a zielony ze stresu i, o ile to możliwe, siedział dziś jeszcze sztywniej, niż zwykle. Grywadzyna rozśmieszył ten widok. 
 — Widzę, że Willy dziś pełen entuzjazmu — zironizował, po czym klapnął na kanapie obok siostry. Smród jej kawy dobiegł jego wrażliwego zmysłu węchu. — U ciebie też były domowoje?
Karmelina rzuciła mu zmęczone spojrzenie znad swoich worów pod oczyma. Wczoraj wieczorem Grywadzynowi tylko cudem udało się umknąć do swojej sypialni z wykładu na temat dobrych manier, jakim poszczycił ich Wilhelm. Karmelina niestety nie miała tyle szczęścia, a sen nie był w stanie przebić się przez mur, jakim były przeciekawe monologi Wilhelma. Żółkiewskon już potrafił wyobrazić sobie cierpienie wszystkich uczniów, jakich poraczy swoimi naukami Wilhelm, gdy już sam zostanie profesorem.
    — Były. Cholery, nie dadzą się człowiekowi wyspać — jęknęła, upijając spory łyk kawy.
    — Od razu cholery. Zobacz tylko jak wysprzątały! A i tak już czas wstawać na lekcje — zauważył brunet, wyrywając siostrze kubek z kawą z ręki. — Serce ci sądzie od tej kawy.
    — Wszędzie dziś sprzątają. Gdzie się nie ruszysz, wszędzie jest pełno tych małych lujów. Jakieś targowisko próżności, Samoroża kazała przystroić niemal każdy kąt szkoły.
    — Nie ma się co dziwić, w końcu dzisiaj wielki dzień, co nie? — uśmiechnął się Żółkiewskon, dając Karmelinie sójkę w bok. — No, Willy, zdradź nam jacy to goście nas dziś odwiedzą?
    Wilhelm jakby nagle wyrwał się z letargu. Był dzisiaj naprawdę bardzo zamyślony, skoro nie zauważył nawet, jak dwa razy padło znienawidzone przez niego przezwisko. Wyglądał jakby ktoś w jego żołądku odpalił łajnobombę. Albo nawet gorzej. Grywadzyn pierwszy raz widział, by Bielera opuściła jego słynna pewność siebie. Wilhelm jednak był osobą nad wyraz zorganizowaną i Żółkiewskon wciąż trzymał się nadziei, że blondyn otrząśnie się, gdy przyjdzie na to czas.
     — A skąd ja mam to wiedzieć? Ja nie plotkuję z Samorożą — odparł szybko.
     — No jeśli ktoś ma wiedzieć coś więcej, to tylko ty — wytłumaczył się Grywadzyn, a Wilhelm obdarzył go lodowatym spojrzeniem. Może jednak trzeba mu dać trochę więcej czasu na uspokojenie się?
    Po paru minutach bezowocnej dyskusji, w której to Grywadzyn starał się wybudzić Wilhelma ze snu na jawie, wyruszyli na lekcje.
    Żółkiewskon musiał przyznać, że Karmelina mówiła szczerą prawdę. Idąc tak przez ogrody szkolne, Grywadzyn odkrył, że na zazwyczaj porośniętej jedynie śmieciami trawie rosną kwiaty! Szkoda tylko, że zazwyczaj przykryte warstwą odpadków nie dostawały się na światło dzienne. Wszystko wyglądało dziś tak jakoś obco. Wręcz... rajsko. Zielone drzewa i krzewy aż lśniły w promieniach słońca, tafla fosy była tak nieskazitelna, że bez trudu można było się w niej przejrzeć. Z murów zniknęły wszystkie uczniowskie bazgroły i nawet ławki zostały ponownie potraktowane białą farbą. Teraz latało tu pełno motyli, a po drzewach skakały wiewiórki i inne leśne stworzonka.
     Nawet uczniowie prezentowali się zupełnie inaczej. Zazwyczaj rezydujące przy koszach na śmieci grupki punków, których wygląd przyprawiał kadrę nauczycielską o drgawki dzisiaj wyjątkowo grzecznie siedziały an trawie w chociaż połowicznych szkolnych mundurkach. Grywadzyn dałby sobie odciąć rękę, że przed oczyma mignął mu nawet obraz Jaśka Sokołowskiego bez irokeza. Drużyny wędrowców kwapiły się dziś swoim pełnym umundurowaniem, dumnie krocząc przez ogrody wraz ze swoimi kosturami. W ramach rywalizacji międzydrużynowej co jakiś czas rzucali sobie nawet wyzwańcze, pełne pogardy spojrzenia. Szkolni sportowcy zrezygnowali dziś z towarzystwa swoich ulubionych piłek, rękawic bokserskich i wszystkich tych rzeczy, które o tytuł godnie wyglądających raczej starać się nie mogły. Pod murkami nawet nie nie stacjonowały już wrogie obozy miłośników obijania słabszych. Łysi, ubrani w wyciągnięte dresy uczniowie raczący się wodą ognistą dzisiaj jak nigdy również odziani byli w mundury, a towarzysząca im na co dzień chmura dymu papierosowego znikła. Poza tym, ze świecą było szukać ucznia bez regulaminowego, szkolnego stroju. Było nawet paru takich, którzy przykleili do żakietów znaczek swojego oddziału. Grywadzyn sam chętnie przypiąłby sobie dziś znaczek Oddział 6C, czyli Cebuli, ale jak to on, zgubił go już dawno temu. Możliwe, że zostawił nawet w domu rodzinnym. Poza tym ich znaczek wyszywała Karmelina, jako ta bardziej utalentowana w szyciu z duetu Żółkiewskonów, więc stwierdzenie iż nie grzeszył on pięknością byłby naprawdę delikatnym eufemizmem. Wyszyta na nim cebula wyglądała bardziej jak ziemniak, a tak niebezpieczne podobieństwo mogło prowadzić do nowych konfliktów, ba, wręcz nowych Wojen Punickich z oddziałem 7Z- Ziemniaków.
     Gdy Lucjusz Śmigecki, jak gdyby nigdy nic nie tylko powiedział mu niewymuszone: cześć, a jeszcze wesoło przybił mu piątkę, Grywadzyn zaczął zastanawiać się, jakim groźnym urokiem Rudolfa Samoroża potraktowała dziś całe grono uczniowskie.
    — Eee, dzieciaki, słuchajcie, dzisiaj taki wyjątkowy dzień, to proponuję, byście zajęli się dziś przez te dwie lekcje swoimi hipokampami, a ja w tym czasie ogarnę parę swoich spraw — rzucił, ku uciesze całej klasy imć Żeliś.
     Dwie godziny opieki nad magicznymi stworzeniami z samego rana zawsze kończyły się źle, bo ich nauczyciel cierpiał na rzadką odmianę tendencji do monologów dramatycznych i z tematu testrali w pięć minut potrafił zejść na temat formy działania egipskiej filii Banku Gringotta. Dlatego też zazwyczaj z dziewięćdziesięciu zaplanowanych minut poznawania zakamarków spektakularnego świata magicznych zwierząt, na tymże ciekawym zajęciu spędzali zaledwie minut dwadzieścia.
    Jednakowoż, imć Żeliś miał teraz ważniejsze sprawy to roboty, niźli nauczanie i tak niesłuchających jego pasjonujących wywodów grupy uczniaków. O ile to możliwe, wyglądał dziś jeszcze bardziej po szlachecku, a jego zachowanie wskazywało na to, że bycie tym jednym, wyjątkowym, poproszonym do sztabu profesorem zobowiązywało go do zadzierania nosa trąby jeszcze wyżej niż zwykle.
     Uczniowie rozbiegli się do ziemnych basenów, w których wesoło pluskały się przydzielone im w tamtym półroczu hipokampy. Najmniej wyrośnięty, turkusowy hipokamp Grywadzyna- Turboświr już wesoło kręcił swym ogonkiem na sam widok zbliżającego się do niego pana. Jakiż to wielki zawód zaświecił w jego pisklęcych oczkach, kiedy to długa trąba profesora Żelikowskiego owinęła się wokół ramienia Grywadzyna, mocno odciągając go od baseniku.
     — Uch, dzieciaki, tak się boję! — jęknął profesor w stronę stojących wokół niego w kółku Żółkiewskonów i Bielera. — Czy wszystko na dzisiejszą paradę jest już dograne? Kostiumy? Choreografia?
     — Tak, Halszka dziś nie przyszła na lekcje specjalnie, żeby ze swoim klubem krawcowych dopracowywać dzisiejsze kostiumy — odparła Karmelina, nim zdążyła ugryźć się w język. Bieler westchnął ciężko. Czemu Bóg pokarał kobiety tak długim jęzorem?
     — Co? Przecież podobno ma gorączkę... — Imć Żeliś najwyraźniej nie był dziś w życiowej formie, bo poskładanie faktów zajęło mu parę sekund. — Dzieci, tak nie wolno!
     — Cel uświęca środki, panie psorze — odpowiedział bez zawahania Bieler. No tak, człowiek może wyjechać z Niemiec, ale Niemcy nigdy nie wyjadą z człowieka. — A wie chociaż profesor jakie szkoły nas dziś odwiedzą? Nikt nam o tym nie mówił, a moim skromnym zdaniem, jako reprezentanci akademii mamy prawo, a wręcz obowiązek to wiedzieć.
     Profesor Żeliś stęknął. W jego wnętrzu odbywała się teraz prawdziwa wojna. Z jednej strony wciąż był członkiem ciała pedagogicznego (z uwagi na swoją parotonową wagę głównym budulcem tego ciała) i nie powinien mówić uczniom o wszystkim, o czym nie mówi im pani dyrektor. Z drugiej strony z ust Rudolfy Samoroży nigdy nie wypłynął werbalny zakaz mówienia komukolwiek o drużynach występujących w sztafecie.
      — Swoje przybycie potwierdziły cztery szkoły. Hogwart, Castelobruxo, Uagadou i Mahoutokoro. Choć z tego, co wiem, Mahoutokoro przyjedzie do nas z opóźnieniem do dwóch tygodni i punktowana parada ich ominie.
     Nagle, poobtłukiwane trybiki w głowie Grywadzyna zaczęły pracować ze wzmożoną mocą. Chłopak uświadomił sobie coś, o czym powinien był pomyśleć już dawno temu.
      — Proszę psora, ale to są przecież szkoły z każdego zakątka świata. Jak my się z nimi dogadamy? — zapytał skołowany, zdając sobie sprawę, że poza umiejętnością raczej prowizorycznego dogadania się z trollami i olbrzymami, nie posiada więcej wiedzy językowej.
      — O to, to ty się nie martw. Nasza pani dyrektor rzuciła na teren szkoły zaklęcie Omnioriatio. Wszyscy się zrozumiemy, niezależnie od tego, jakimi językami będziemy mówić. Takich innowacyjnych zaklęć nie znali jeszcze w Turnieju Trójmagicznym! Ha!
     Nie wiedzieć czemu, na dźwięk tego zaklęcia, Bieler aż podskoczył z ekscytacji. Grywadzyn nie interesował się czarami na tyle, by te formułki jakkolwiek robiły na nim wrażenie. Jak to każdy czarodziej, którego umiejętności magiczne były bliższe charłactwa, niż powinny, od praktycznego używania swojej magicznej mocy trzymał się jak najdalej. Dlatego też interesował się rzeczami, które wygórowanej, piramidalnej magicznej mocy od niego nie wymagały. Ale, największą mocą Grywadzyna było od zawsze jego lenistwo, dlatego też oceny przednie i monumentalne jakoś nie uwiły sobie nigdy gniazdka w jego dzienniczku.
     Resztę lekcji z profesorem Żelisiem spędzili na zapewnianiu go o tym, że wszystko na dzisiejszą paradę dobrane jest idealnie. Nikt jednak nie dziwił się niewierze Żelikowskiego. Jakby nie było, w końcu jeśli coś było organizowane z udziałem Żółkiewskonów, wszystko mogło pójść nie tak.
Lekcje dziś były skrócone, każda trwała średnio dziesięć minut krócej, za co wszyscy dziękowali Bogu. Żółkiewskonowie w czwartki doświadczali i tak strasznie długich, nudnych godzin nauczania, dlatego takie rozwiązanie było im na rękę. Z resztą, dla tak pilnych uczniów, jak ta dwójka, każde czterdzieści pięć minut edukacji było po prostu nużące.
    W czasie obiadu, kiedy to na talerzu Grywadzyna, z typowym dla polskiego czegokolwiek, opóźnieniem, zmaterializował się stos ruskich pierogów, a szczęśliwy tak nieznacznym piętnastominutowym wyczekiwaniem, miał zamiar dziko rzucić się ku nim, proces konsumpcji przerwał mu zachrypły, damski głos.
     — Och, tu jesteście! Wszędzie was szukam!
    Biorąc przykład z dyrektorskiej Eureki, głowa Grywadzyna obróciła się niemal o sto osiemdziesiąt stopni. Nie, żeby nie lubił Zośki Prędzickiej, ale na ten moment, marzył, by połknął ją rogogon węgierski. Oderwanie go od jedzenia powinno być zbrodnią karaną Azkabanem, albo gorzej- Sosnowcem!
     — Halszka dostaje świra, kazała mi was przyprowadzić na przymiarki — rzuciła prędko. Jej głos był tak zachrypnięty, że przez chwilę Żółkiewskon myślał, że przechodzi transformację w strzygę.
     Grywadzyn miał zamiar być dziś wyjątkowo obcesowym i jedynie fuknąć na Zośkę, by ta dała mu spokój, jednak heroiczna postawa opuściła go, gdy zdał sobie sprawę, że ten słup stojący za dziewczyną, to nie nowa, niczym nieuzasadniona część infrastruktury szkoły, lecz jej ukochany chłopak Mikchaił. Co prawda, Mikchaił, jako drużynowy zgrupowania wędrowników powinien dawać dobry przykład, ale znając jego rosyjskie ego, wbicie Grywadzyna jednym ciosem w jądro Ziemi podciągnął by pod rycerską obronę swej damy w opresji. O ile dziewczyna taka jak Zośka, o umiejętnościach wyłamania komuś ręki na dwieście różnych sposobów, w ogóle wiedziała, czym są opresje. Nie ma co, Zochaił (jak ich nierozłączną, wieloletnią parę nazywali głupi pierwszo- i drugoroczniacy) była idealnie dobraną parą. Gdyby kilometr od Chrumkowa wybuchła elektrownia jądrowa, oni jedyni by to przeżyli. Ba, pewnie nawet gratulowaliby sobie opalenizny. Która, swoją drogą, nieco by im się obu przydała.
      — A gdzie ona w ogóle jest? — rzuciła zrezygnowanym tonem Karmelina, rzucając tęskne spojrzenie leżącym przed nią schabowym.
      — Jeszcze się pytasz? Od dwóch dni okupuje nasz domek, ciągle tylko szyje! Nie mogę się nawet przedrzeć przez te wszystkie materiały, nie mówiąc już o tym, że nie mam się nawet gdzie położyć — uskarżała się Zośka, choć w jej ustach, brzmiało to bardziej wściekle, niż pretensjonalnie.
     Grywadzyn zadarł wysoko głowę, by spojrzeć dwuznacznie na Mikchaiła.
    — Poratowałeś koleżankę lokum do spania, co? — uniósł szelmowsko brwi, a Mikchaił odwzajemnił mu to porozumiewawczym uśmiechem.
     W sumie nie patrząc na jego iście niedźwiedzią aparycję, był z niego całkiem miły gość. Kiedyś nawet prawie udało mu się namówić Grywadzyna do wstąpienia do zgromadzenia wędrowców, jednakże Żółkiewskon rozmyślił się, kalkulując sobie ilości spożywanego tam bimbru. Nie chciał ciułać w wieku trzydziestu lat na przeszczep wątroby, tym bardziej, że zważając na miejsce zamieszkania, wykonywałby go zapewne doktor Saragossa. A tego nie chciałby jeszcze bardziej. Ten człowiek był w stanie pomylić serce z wątrobą, a nikt, nawet jeśli zwał się Grywadzynem Żółkiewskonem, nie był w stanie wybudzić się z narkozy z dwoma wątrobami i bez serca. Chociaż, gdy spoglądał na siedzącą parę stolików dalej Kaśkę Kidrykównę, obdarzającą kpiącym spojrzeniem krzątających się wokół niej chłopców, zaczął się zastanawiać, czy aby posiadanie serca było takim niezbędnym wymogiem.
    — Ej, a gdzie jest Wilhelm? — spytała Zośka, a zbyt urzeczeni urokiem jedzenia Żółkiewskonowie dopiero zauważyli nieobecność przyjaciela. Wilhelm przy obiedzie i tak prawie nigdy się nie odzywał, bo rzadko kiedy jadł cokolwiek innego, niż ziemniaki, by następne czterdzieści minut przerwy obiadowej, bez słowa raczyć się lekturą Czarodziejskiego Expresu i ekskluzywnie dostarczanej mu prenumeraty Bawarskiego Informatora.  Jego nieobecność uszła więc uwadze dwóch syberyjskich głodomorów.
     Grywadzyn rozejrzał się uważnie dookoła. Wśród tłumu uczniów w okrągłej, kopulastej sali o witrażowym, szklanym dachu, można było bez trudu się zgubić. Jednakże wręcz idealnie zaczesane włoski Bielera, dostrzegłby wszędzie. A tu ich nie dostrzegał. Przezornie spojrzał jeszcze w stronę stołów nauczycielskich, wbrew równości międzyludzkiej, o wiele bogaciej ustrojonych w potrawy, jednak i tak nie dostrzegł aryjskiej postawy Willy'ego.
     — Eee... nie mam pojęcia — odparł krótko Grywadzyn. — Z resztą, czy to ważne? Ma chłop szesnaście lat, znajdzie się.
     — Ta, Gryfek ma rację. Wilhelm nie jest głupi, na pewno siedzi w bibliotece, albo podlizuje się nauczycielom. Wróci na czas — poparła postawę brata Karmelina. — Dobra, chodźmy lepiej do Halszki, bo za pół godziny mamy historię magii, a ja osobiście nie chcę, żeby ta flądra, Parkinson, znów się na nas darła, jeśli się spóźnimy.
     Zośka miała rację, w ich domku panował prawdziwy nieład. I nie chodziło tu tylko o tony przeróżnych materiałów, haftów, nici i igieł walających się po ziemi, ale nawet o to, że w tym malutkim, reprezentującym sobą jedyne szesnaście metrów kwadratowych, saloniku, znajdowało się teraz więcej ludzi, niż w niejednej klasie lekcyjnej.
    Przede wszystkim, w samym centrum tego całego rozgardiaszu siedziała Halsza, cała poczerwieniała, w pocie czoła wyszywająca coś na kawałku szorstkiego materiału. Obok niej, na ziemi siedziały jeszcze dwie dziewczyny, wyraźnie młodsze i Żółkiewskonowi nieznane, prawie płaczliwymi oczyma wpatrujące się w swoje zrogowaciałe od zawrotnej ilości szycia palce. W przeciwległym rogu pokoju siedziało za to około dziesięciu chłopaków w mundurach wędrowców, w niemal osiemdziesięciu procentach składający się z populacji klasy Mikchaiła- 8 Oddziału Łosiów, czyli po prostu 8Ł.
      Ipatow schował głowę w ramiona na widok wściekłego spojrzenia, jakie rzuciła mu Zośka, nie mając nawet odwagi poprawić wędrownego sznura munduru, który z ramienia opadł mu na zgięcie łokcia.
      — Co ONI tu robią?! — Skrzyżowała ręce na piersiach, nie zwracając uwagi na to, jak bardzo podkopuje takim zachowaniem autorytet chłopaka. Mikchaił może i był dzikim, rosyjskim kacapem, ale podobnie jak dawniej Czarny Pan i on miał jeden autorytet, na którego widok trząsł portkami.
       —  Nie wiem, kochanie! — Wędrowiec podniósł ręce na znak kapitulacji, dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że nie może tak dać publicznie skopać swojej męskości. Wyprostował się dumnie, poprawiając skórzany pas. —  Ale zaraz się dowiem. Zastęp Po Prostu Wermacht w szeregu frontem do mnie zbiórka!
      Grywadzyn zaśmiał się, gdy zauważył umęczoną minę Halszki, jaką obrzuciła zastęp Mikchaiła, kiedy to dziesięć par ciężkich glanów urządziło tyradę na jej z pietyzmem wyszywanych tkaninach.
      —  Druh Melon, druh Kasztan, wystąp!
    Para kolegów wyszła z równego rzędu, gdy to Halszka pochwyciła Grywadzyna i szybko przyprowadziła go do siebie, uważnie mierząc wszystkie jego parametry miarą krawiecką. No, prawie wszystkie. Niektórych jego wymiarów nie znali nawet najstarsi Indianie. I nie poznają.
      —  Co ma znaczyć ta mobilizacja? I czemu tutaj? —  zarzucił lakonicznymi pytaniam Mikchaił, starając się odgrywać alfę w tym stadzie, co po wcześniejszym jego zachowaniem względem Zosi wyglądało nieco groteskowo.
      —  Meldujemy mobilizację z powodu nowego pomysłu na pomoc w uatrakcyjnieniu dzisiejszej parady! — odpowiedział na jednym tchu Kasztan nie ruszając się ani o centymetr. Ipatow zmierzył go podejrzliwym spojrzeniem.
     — Melon, Kasztan, wstąp! —  zawołał po chwili, tak silnym głosem, że Grywadzyn aż podskoczył, za co został zdzielony paskiem niebieskiego materiału przez Halszkę. — W prawo zwrot! Do Koźlej Chaty marsz!
      Pożegnał ich rytmicznie wybijany takt uderzanych o podłogę glanów. Już po chwili atmosfera rozluźniła się, a Żółkiewskon miał nawet wrażenie, że i tlenu nagle zrobiło się więcej. Zośka westchnęła z ulgą. Grywadzyn dałby sobie rękę uciąć, że słyszał, jak pod nosem rzuciła krótkie: całe życie z idiotami. Brunet miał ochotę przyjrzeć się bliżej wszystkim projektom Halszki. Ach, jakże było ich wiele! Serca i pracy, jaką Halszka wkładała w własnoręcznie wyszywane ciuchy, nie dało się policzyć nawet w tonach.
    Nie ma co, kiedy Grywadzyn był jeszcze niewinnym pierwszoklasistą z genomem ADHD i stanowczo niedorozwiniętą koordynacją ruchową, na czym ucierpiało mienie szkolne, sama organizacja Wędrowników przerażała go. A przerażenie to było wielkością rosnącą proporcjonalnie do jego wiedzy na ten temat. W ich szkole funkcjonował tylko jeden wielopoziomowy szczep, nazwany 11 Szczepem Czysta Rasowo Europa. Już sama ta nazwa prezentowała się wyjątkowo patologicznie i odpychająco, zważając na fakt, iż Żółkiewskon był przecież Sybirakiem. Same zastępy ze względu na nazwy na pewno nie mogłyby brać udziału w akademiach z okazji Dnia Tolerancji. Z uwagi na samą nazwę, zastęp Po Prostu Wermacht trwał w stanie stałego konfliktu z 6 oddziałem Żydów. Ich potyczki zarówno słowne, jak i gestowne można by zrównać do partyzanckiej wojny, co wychowawczynie oddziałów Łosiów i Żydów zmuszało na ciągłe wcielanie się w rolę wujka Ribbentropha i dziadka Mołotowa, wyznaczając nieprzekraczalną granicę, która wojnie totalnej (z której Świniarszczyzna mogłaby potem zasłynąć w podręcznikach historii magii) miała zapobiegać. Co bardziej znający się na historii pamiętają jednak dalszy ciąg wydarzeń i wiedzą, że Po Prostu Wermacht za każdym razem niweczył ten względny, delikatny niczym domek z kart spokój.
     — Uff, wyszli — westchnęła z ulgą Halszka, rzucając Grywadzynowi stosik ubrań, które miała dla niego odłożone. — Przez tych idiotów nie mogłam się skupić i prawie zaszyłam dekolt w bluzce.
     — Halszka! — oburzyła się Zośka na to jak przed chwilą określony został jej chłopak, z umyślną hipokryzją ignorując fakt, że sama nie mówi o nim w innych superlatywach niż sierota czy ciapa, gdy tylko obecność Mikchaiła jej nie towarzyszy. Choć jej ulubionym określeniem na wybranka serca było przesycone tolerancją i międzynarodową sympatią, ba, wręcz miłością, określenie kacap.
    — No co? Ci nasi wędrowcy robią więcej szkody, niż korzyści — rzuciła w odpowiedzi blondynka, wbijając jedną ze szpilek z poduszeczki w kamizelkę gdzieś pod pachą Grywadzyna.
     — Gdyby nie oni, to nie miałabyś czym zapijać swoich urodzin, kochana — odparła Zośka, uparcie broniąc swojego przyszłego męża. Tak naprawdę sęk tkwił w czystej dominacji, w której niewątpliwie wiodła prym w tym Trójkącie Bermudzkim: Zosia-Mikchaił-Halszka.
      Grywadzyn niechętnie przymierzył swój kostium paradny. Co do wykonania, naprawdę nie było się do czego przyczepić. Halszka była prawdziwą mistrzynią w swoim fachu. Jednak sam wygląd... Grywadzyn rozumiał pomysł połączenia ich słowiańskich tradycji z całą otoczką wizualną szkoły, jednak wyglądał teraz przynajmniej, jakby uciekł z parady równości członków PZPR. Oczywiście, nie ważyłby się powiedzieć o tym Halszce. Wolał jeszcze trochę cieszyć się swoim życiem. Jedyne, co mu się podobało, to wyszywane kujawskimi haftami białe skarpety i te piękne, skórzane sandały do tego! Polskość w czystej postaci! Sama wzorzysta, czarna kamizelka zapewne o wiele lepiej prezentowałaby się na atletycznym ciele, ale niestety Grywadzyn nigdy nie był typem kulturysty. Czasem miał nawet wrażenie, że jego piękna, krągła siostra Karmelina ma w sobie więcej testosteronu, niż on. Choć mógł przysiąc, że ostatnio w łazience mógł dostrzec jednego włoska na swym młodzieńczym torsie.
     — Gdzie się, do cholery, podział ten Wilhelm?! — zdenerwowała się Halszka, wymachując miarą krawiecką na lewo i prawo, przez przypadek zdzielając nią po twarzy Zośkę, której mięśnie rąk napięły się niebezpiecznie, gdy jej policzek zakwitł czerwienią. — Nie miałam dokładnych wymiarów jego ramion, nie wiem, czy kamizelka będzie pasować!
     — A nie lepiej było od razu po prostu dać mu mundur SS? W tym wyglądałby najlepiej.
Halszka rzuciła Grywadzynowi zabójcze spojrzenie. Żółkiewskon zaczął się zastanawiać nawet nad jej potencjalnym pokrewieństwem z bazyliszkiem.
    — Tak, a tobie mundur UB. Wyglądalibyście idealnie — rzuciła Zośka, z trudem zapinając kamizelkę na swoich sporych piersiach.
    Grywadzyn zaśmiał się krótko. Zośka nie była pierwszą osobą, jaka doszukiwała się w nim konotacji komunistycznych. Jakby nie było, Syberia leży na terenie Rosji, a Rosja, to przecież dawne ZSRR. Do ludzi nie do końca przemawiał fakt, że Żółkiewskonowie odznaczają się krwią stuprocentowo polską, a towarzysza Stalina widzieli jedynie na oprawionym w dębową ramę zdjęciu nad kominkiem w domu ich sąsiada Dymitrowicza.

     Karmelina nigdy nie myślała, że godziny mogą mijać tak szybko. A jednak, stali teraz na ogromnym zapleczu szkolnej auli, otoczeni przez harmider, jakiego w życiu jeszcze nie doświadczyła, a należy pamiętać, że całe swoje życie spędziła z Grywadzynem. A to jedno małe istnienie, wbrew pozorom, naprawdę dużo mogło zmienić, o czym przekonał się chociażby Wilhelm, podejmując katońską decyzję o spędzeniu z Grywadzynem w ławce swej całej, młodocianej kariery. Nad czym teraz wielce desperował.
      Od czasu obiadu, w trakcie którego przez przymiarki strojów, zdążyła pochwycić do buzi najwyżej jednego ziemniaka, nie miała już czasu więcej zjeść. Najpierw lekcje, potem generalne próby, dwukrotna wizyta u dyrektorki Samoroży, która mogłaby zostać podsumowana zdaniem: Jeśli coś się wydarzy, to najpierw zabiję was, a potem siebie, zabrały jej tyle czasu, że oto teraz, bez nawet chwili przerwy na cokolwiek, wraz z Grywadzynem czyniła ostatnie szlify ich wspólnej maszynie syreniego światła, która miała zostać użyta podczas parady.
     Przyznać musiała, że pozycja, w której tkwiła od prawie godziny nie była zbyt zadowalająca. Zimna, szorstka ściana skrzynki, w którą okuty został mechanizm wbijała jej się w żołądek, gdy tak leżała na niej, wyciągając daleko ręce to najdalszych części aparatury. Jej różdżka świeciła jasno, oświetlając setki dymiących rurek, krzyczących tłoczków i jęczących trybików.
     — Karmelka, poświeć mi tu jeszcze na ten pojemnik — powiedział Grywadzyn, wskazując na pojemnik z wodą prosto z Bachotka, pełną glonów i syreniej ikry. Karmelina mogła narzekać na swoją pozycję, ale chucherkowata sylwetka Grywadzyna była niemal przepoławiania przez żelazną ściankę.
     Z daleka doszły ją krzyki Zosi, która swój stres postanowiła przelać na nieszczęsnego, nic niewinnego Mikchaiła. Normalnie pewnie poszłaby do pokoju i zaczęła maltretować poduszki, ale nie było teraz na to czasu. Trzeba się było przygotować do parady.
      — Jest już Wilhelm? Gdzie go dziś wcięło?! Co on sobie myśli?! — donośny krzyk dyrektorki Samoroży, przesączony bliskością katatonii serca rozlał się po zapleczu. Żółkiewskonowie wywrócili oczyma. Jeszcze jej tu brakowało.
      — Spokojnie, pani dyrektor, na pewno poszedł tylko do łazienki i zaraz wróci — mówił zlany potem imć Żeliś, choć jego ton mówił, że sam niezbyt wierzył w swe słowa.
      — Cały dzień w tej łazience siedzi?! Od obiadu nie było go na lekcjach! — trajkotała dalej Rudolfa, stresując przy okazji wszystkich wokoło.
       — Nox — szepnęła Karmelina, a światło różdżki zgasło natychmiast, a ona i jej brat wychylili się ze skrzyni. Szybko pożałowali tej decyzji. Dokładnie wtedy, kiedy to palący wzrok dyrektorki spoczął dokładnie na nich.
      — WY. — Niby zwykłe, dwuliterowe słowo, a jednak w ustach Rudolfy Samoroży brzmiał prawie niczym wyrok na pocałunek dementora. Ba, sama wyżej wspomniana kobieta była zazwyczaj kojarzona z wizerunkiem dementora odbierającego ludziom całe szczęście, a niektórzy nawet na jej biuro zwykli mawiać: Sosnowiec. A to już był naprawdę gruby kaliber obrazy w Chrumkowie. — Gdzie jest Wilhelm? Albo raczej: Co z nim zrobiliście?
        Imć Żeliś spoglądał przestraszonym spojrzeniem to na swoją podwładną, to na Żółkiewskonów. Trzęsącą się trąbą trzymał chusteczkę, którą raz na jakiś czas przecierał oblane zimnym potem czoło.
      — Pani, dyrektor, za pozwoleniem, nie uważa pani, iż zachowuje się pani trochę niestosownie? Co te przemiłe dzieci mogły Bielerowi zrobić? — wtrącił się po chwili namysłu, najwyraźniej dochodząc do wniosku, że póki żadne z bliźniaków nie otworzyło ust, cała szkoła jest bezpieczna.
       — Nie wiem, ale jeśli w tej szkole coś jest nie tak jak powinno, to zawsze oni za tym stoją — odparła, nerwowo wskazując palcem na Grywadzyna i Karmelinę.
     Karmelina westchnęła ciężko, a Grywadzyn upuścił swój gryzący klucz francuski, który natychmiast rzucił się na buta wciąż oblężanego przez potęgę swojej miłości Mikchaiła.
     Oboje nie mieli pojęcia, że Wilhelm jeszcze się nie pojawił. Odkąd przyszli na zaplecze, nie wyściubiali nosa zza swojego rozpylacza syreniego światła. Co prawda zdążyli zauważyć, że Wilhelm był nieobecny na lekcjach. Karmelia próbowała zrzucić to typowo trywialne sprawy. Może, jak to Willy, wziął sprawy zbyt poważnie i dostał wrzodów na żołądku i leży teraz w cydrze medycznym? A może po prostu musiał chwilę odpocząć i siedzi, rozmyślając teraz pod jakimś drzewem? Wiele było opcji. Jednak każda równie do Wilhelma niepodobna. Na ataki paniki jego perfekcyjny, aryjski umysł pozwoliłby sobie wczoraj, jednak dzisiaj- nigdy. Dziś musiał się odznaczać precyzyjnością i inteligencją.
       Nagle drzwi otworzyły się i wpadła przez nie wiecznie naburmuszona profesor Pansy Parkinson.
       — Pani dyrektor, goście u bram.
    Widzieliście kiedyś, jak plastik roztapia się pod ogniem? Tak właśnie wyglądała teraz twarz Rudolfy Samoroży.
     — O, Boruto, co teraz, co teraz? — Znokautowana dezorganizacją sytuacji Samoroża usiadła na jednej ze skrzyń i złapała się za skronie.
     — Spokojnie, pani dyrektor, zaraz pójdziemy i go poszukamy. — Zośka wyjątkowo odznaczyła się w tym momencie spokojem i opanowaniem. Nawet Mikchaił wydał się tym trochę... zdziwiony.
      — NIE! Nie ma mowy. Nigdzie was nie puszcze. Ma mi zniknąć reszta reprezentacji?! — Gdyby nie koloryzujące zaklęcia, jakie Samoroża rzucała na swoje włosy, pewnie już byłaby siwa. — Pansy, przekaż obrazom, że mają rozglądać się za Wilhelmem, szczególnie Pocztowi Królów Polskich. Mikchaił, zbierz tych swoich oszołomów i idzie go szukać na terenach wokół szkoły. A wy — wskazała na Zośkę, Czarka i Żółkiewskonów. — wychodzicie bez Bielera.

***

Witam ponownie!
Tak strasznie mi głupio, że nie pisałam. Wybaczcie ;-; 
Pod koniec roku szkolnego musiałam się sprężać, żeby polepszyć swoją średnią, w wakacje postanowiłam sobie zrobić przerwę od wszystkiego, a od września dostałam w twarz programem klasy językowej.
Ale brakowało mi mojego Chrumkowa. Mam nadzieję, że ktoś to w ogóle będzie jeszcze czytał.
Wiem, że w tym rozdziale niewiele się dzieje, ale już tłumaczę. Rozdział ten miał w zamierzeniach obejmować jeszcze punktowaną paradę szkół, ale spojrzałam na jego objętość, i uznałam, że dwa razy więcej tekstu niż teraz to już będzie za dużo. Następny weekend mam wolny, więc możecie się spodziewać, że wtedy napadnie was rozdział piąty, którego tytuł mogę wam przedpremierowo zdradzić: Jankesi, Brytole i inne próby tolerancji.
Do następnego :*

Czarodziejscy Radni Radomscy