9 maj 2017

3. OSTATNIA DESKA DO TRUMNY

— Wiesz, to chyba zły pomysł... — odważyła się zauważyć Karmelina, wpatrując się w siedzącego dwa stoły dalej cherlawego chłopaczka. — To jeszcze dziecko...
Grywadzyn nie bardzo zdawał się przejąć jej zdaniem, dalej z przekąsem połykając swój bigos. Karmelinie niedobrze robiło się na sam widok ogromnego gara z tą potrawą postawionego w centrum szwedzkiego stołu. Jej brat za to miał neutralny stosunek do kapusty, kierując się zasadą: jak się nie ma, co się lubi, to się lubi, co się ma. I szczerze powiedziawszy, nie było chyba potrawy, jakiej żołądek Żółkiewskona nie byłby w stanie przetrawić. Raz nawet Wilhelm z Karmeliną zastanawiali się, czy nie ma on może trzech żołądków, jak pasące się na łąkach za szkołą krowoloty. Po głębszym zbadaniu sprawy, jakie kosztowało ich naprawdę zaawansowanej, męczącej, dużej ilości magii, którą oczywiście posługiwał się jedynie Wilhelm (nie chcemy przecież wysadzić tej szkoły w powietrze, prawda?) doszli jednak do wniosku, że układ pokarmowy Żółkiewskona   był identyczny jak każdego innego homo sapiens, choć chłopak na pewno sam swoim stylem bycia nie przypominał człowieka rozumnego.
— Mówiłem mu, że to beznadziejny pomysł, ale wiesz, jaki on jest... — dodał Wilhelm, dojadając hojnie obsypanego cukrem pudrem chruścika. Wiedział, że nie powinien jeść takich rzeczy, bo ostatecznie jego przemiana materii nie była najlepsza i czasem miał nawet wrażenie, że samo patrzenie na wystawę sklepową w Kniaziowych Łakociach sprawia, że zaczyna tyć. Ale jak raz na jakiś czas na stół rzucono w ramach deseru coś, co nie byłoby zbyt rzadkim budyniem lub monotonnymi pączkami z marmoladą, nie potrafił się powstrzymać. 
— Powiedz temu Niemcowi obok, że mam dość jego niewiary — odparł Grywadzyn w stronę siedzącego pomiędzy nimi Hrabiego Manteufela, który najwyraźniej liczył na kamuflaż, w formie udawania zwykłego ucznia. Pewnie udałby się, gdyby nie fakt, że Manteufel był duchem, zmarłym w wieku blisko pięćdziesięciu lat z iście lordowskim wąsem. Skarbnik wciąż wył za nim po całym zamku, bo z przeliczeń w skarbcu zabrakło mu jednego orła. Taka była wersja Manteufela, jednakże każdy znał jego lepkie paluchy. 
— Grywadzyn mówi, że ma dość twojej niewiary — przekazał Hrabia z wyraźnym zażenowaniem. Już po pierwszych paru minutach, gdy tu zasiadł, wyczuł, że ten pomysł był jednak wyjątkowo nietrafiony. Jednakże jego strach, a w wersji dla reszty populacji niechęć do wywoływania awantur nie pozwoliła mu się ruszyć nawet o centymetr. Ten cholerny poltergeist znajdzie go wszędzie!
— I znów ten rasizm! Myślałem, że skończyliśmy z tym w czterdziestym piątym! 
Karmelina westchnęła ciężko, chowając głowę w ramionach. Szczerze nie miała ochoty patrzeć na ten zatrważający pokaz męskiej zawziętości. Szkoda było jej tylko Manteufela, przez którego oba boki przenikały teraz twarze prowadzących zawziętą wymianę zdań chłopców. Kiedy Grywadzyn zaczął śpiewać Rotę, uznała, że to już za dużo i kompletnie wyłączyła się z akcji.
Wbiła za to swe oślizłe, podejrzliwe, często opisywane przez Bielera jako gadzie spojrzenie w Kowalkiewicza. Całym swym umysłem próbowała dostrzec w nim ten geniusz, jaki rzucił się w oczy jej bratu. Oprócz faktu, że chłopak był zastraszająco chudy, a jego kości policzkowe wystawały nieprzyjemnie z podłużnej twarzy, nie widziała w nim nic wyjątkowego. Zwykły, drugoklasowy zjadacz bigosu. Albo może raczej nie zjadacz, bo wyglądał jak typowy anorektyk. No to niech będzie, typowy użytkownik szkolnych podręczników. Nieee, to też nie pasuje, kto używałby podręczników do czegoś innego, niż ćwiczenia na nich Accio i Vingardium Leviosa? Wyglądał trochę jak zabiedzony kot, jakiego Halszka znalazła kiedyś w Antkowie. 
Zazwyczaj wierzyła swojemu bratu. Jakby nie patrzeć, ich intuicje były w jakimś tam stopniu połączone. Często zdarzało im się podświadomie robić coś w tym samym momencie, jak kiedy to Grywadzyn oberwał tłuczkiem podczas gry w quidditcha i zemdlał, a po paru sekundach przytomność straciła też Karmelina, mimo iż myślała, że względnie bezpiecznie zaszyła się w odmętach niewielu ławek widokowych. Kiedy obudziła się po dwóch godzinach w kałuży błota pod ławką, przekonała się, iż owszem, to było bardzo bezpieczne schronienie.
    Teraz jednak nie mogła nic poradzić na to, że jakoś nie ufała wewnętrznej wizji brata. Postanowiła, że zdolności chłopaka trzeba dogłębnie sprawdzić.
 
    Lekcje trollej mowy były dla Karmeliny w miarę znośne. Wszystkie zajęcia, w których nie trzeba było używać magicznych zdolności, uważała za dość przyjemne i nawet nieźle jej w nich szło. Ich program nauczania obejmował po dwa lata nauki czterech języków- olbrzymów, trolli, ogrów i centaurzych run. Trzy pierwsze były jednak tak pierwotne i niezaawansowane, że te dwa lata w pełni wystarczyły, by być płynnym mówcą. Run można było się uczyć w formacie zwykłym, co zapewniało ich późniejszą znajomość na poziomie słabo podstawowym, jednak jeśli ktoś miał wyższe ambicje, zawsze mógł zapisać się na te lekcje w trybie rozszerzonym.
    Z początku Karmelina dziwiła się, czemu w Chrumkowie tak mocno stawia się na tak niekomunikatywne języki. Parę lat nauki historii magii dało jej jednak do myślenia i teraz wiedziała, że Karpaty, Sudety, Alpy i Góry Świętokrzyskie rozpoznawalność w czarodziejskim świecie zyskały swoimi prawdziwymi wylęgarniami górskich klanów właśnie tak pierwotnych tworów jak ogry, olbrzymy czy trolle, a gdy już się takie napotkało, lepiej było znać ich mowę. Co do centaurów, wiele ich stad spotkać można w Bieszczadach i Białowieży.
    Większość czasu Karmelina zastanawiała się nad sposobem potwierdzenia geniuszu lub jego braku u Kowalkiewicza. Jeśli naprawdę był mistrzem eliksirów, mógł im się mocno przydać. Wpadła na pomysł namówienia go do sporządzenia eliksiru wielosokowego, w końcu to niełatwa sztuka. Nie do końca jednak wiedziała, czy zaciągnięty przez starszą, ekscentryczną uczennicę w ciemność opustoszałej klasy będzie chciał współpracować.
    — Hej, Gryfku, możeby tak sprawdzić tego twojego młodzieniaszka? — szepnęła do brata, gdy ten właśnie próbował wypisać na pergaminie dialog rozmowy, w której to jeden troll pyta drugiego, jak dojść do obranego celu.
    — Nie ufasz mi? — spytał, a na jego kawałku pergaminu wykwitło piękne: przepraszam, jak wysikam się do teatru? Cóż, przynajmniej jedna część zdania brzmiała odpowiednio. Z resztą, poziom higieniczny trolli kazał twierdzić, że w sumie teatr mógłby im do tego posłużyć.
     — Nie chodzi o to. Po prostu nie kupuje się kota w worku — odpowiadała Karmelina. — Wilhelm powiesi nas na suchej gałęzi, jeśli on się okaże jakimś niewypałem. Wiesz o tym.
Grywadzyn spojrzał na nią z ukosa, zastanawiając się, czemu jego własny zaklęty pergamin się z niego podśmiewa.
     — Cóż, coś w tym jest... — westchnął, przypominając sobie, że rzeczywiście Bieler traktuje to wszystko trochę zbyt poważnie. — Mam pomysł. Zaraz po lekcjach wybierz się do miasta i nakupuj tam różne składniki do eliksirów, co tylko będziesz chciała. Spotkamy się o dziewiętnastej w bimbrowni Kasztana i Melona.

    Grywadzyn zaczaił się pod klasą obrony przed czarną magią na szóstym piętrze. Wiele kosztowało go wymknięcie się wcześniej z zajęć sportowych. W sumie koszty były naprawdę ogromne, bo jego ulubiony, krwistoczerwony atrament kosztował przecież aż jednego orła i dwa lechy. Ale ważne było, że reakcją skutkową stał teraz tuż przy drzwiach sali nr 77, zastanawiając się, jak idiotycznie, mrocznie i zarówno groteskowo musiał teraz wyglądać.
    Karmelina zaraz po mowie trolli poleciała do mugolskiej osady, która otaczała Chrumków, załatwić jak najwięcej żabiego skrzeku, oczu nietoperzy, paznokci banshee i wszystkich tych obrzydliwych rzeczy, które mogłyby im się przydać. Były chwile, kiedy Grywadzyn myślał, że posiadanie macicy to jednak wielki atut. Wystarczyło tylko wyszeptać w stronę prowodyra zajęć sportowych magiczne zaklęcie brzmiące: Jestem niedysponowana! i jedną godzinę lekcyjną miało się automatycznie z głowy. Brunet często pytał się siostry, co to w ogóle znaczy, jednak nigdy nie raczyła udzielić mu odpowiedzi. Grywadzyn sam próbował później tego zaklęcia, ale nie wiedzieć czemu, nauczyciele pytali się go wtedy, czy nie zapomniał leków.
     Głośne, rozrywające bębenki uszne pohukiwanie sowy, rozlało się dzięki zręcznemu, dyrektorskiemu sonorusowi po całym budynku. Brunet zawsze cenił sobie mądrą sowę Eurekę właśnie za to, że obrzydliwy, raniący dźwięk tych barbarzyńskich, mugolskich dzwonków na lekcje nie musiał być stałym bywalcem tej szkoły właśnie dzięki zręcznemu połączeniu czarów z jej głosem.
    Drzwi wszystkich pobliskich klas zostały rozwarte i wylał się przez nie cały wodospad uczniów. W ciągu jednej minuty kompletną ciszę w korytarzu rozerwały setki głosów dyskutujących, krzyczących, wołających. Nad głowami torujących sobie drogę adeptów latały już eksplodujące balony oraz pieprzowe łuski. Jakaś młodsza dziewczyna ustała Żółkiewskonowi na stopę w czasie pogoni za swoim puszkiem pigmejskim.
    Grywadzyn starał się jednak utrzymać równowagę i gdy tylko pewna koścista twarz zamajaczyła mu w futrynie drzwi, natychmiast wyciągnął swą zręczną, pooraną bliznami po wielu nocach majsterkowania dłoń i pochwycił z całej siły rękaw swetra wychudzonej osóbki.
    — Co jest...? — rzucił zdezorientowany Kowalkiewicz, kiedy Grywadzyn wyciągnął go z tłumu znajomych.
    — Cicho, nie pytaj, tylko chodź — zbył chłopaka brunet. No, a przynajmniej miał nadzieję, że wprawił choć na chwilę jego rządny odpowiedzi umysł w stan oczekiwania. Gdy jednak chudzielec postanowił stanąć jak filar, nie podążyć za Grywadzynem, jak to Żółkiewskon miał w nadziei, zrozumiał, że pomimo młodego wieku, Kowalkiewicz nie będzie jedną z tych osób, którym parę lat różnicy wystarczyło, by iść za kimś w ciemno.
   — A co ja jestem? Nie, żebym coś do ciebie miał, koleś, ale jesteś trochę dziwny — odparł, zapierając się całym sobą, by nie iść za Żółkiewskonem. Był jednak takim chuchrem, że nawet nieszczególnie silny Grywadzyn nie miałby problemu z zaciągnięciem go do celu siłą. Ale nie chciał jeszcze bardziej narażać swojej i tak już zszarganej w oczach nauczycieli opinii.
    — Słuchaj no, jesteś Kowalkiewicz, no nie? — zapytał już dla czystej formalności. Od wczoraj uważnie obserwował chłopaka i doskonale wiedział, z kim ma do czynienia. No, ale jeśli mieli prowadzić konwersację nawet na tym prymitywnym, monosylabicznym poziomie, wypadałoby, by i druga osoba wiedziała, do kogo kieruje swe słowa.
    — No tak, Czarek Kowalkiewicz — potwierdził chłopak. — A ty to...?
    — Grywadzyn Żółkiewskon — odparł krótko brunet. — No, to skoro już mnie znasz, a ja znam ciebie, to możemy się już stąd ruszyć? Chodź!
    — Nie! — sprzeciwił się mocno chłopak, wciąż torując korytarz swoim ciałem. Choć biorąc pod uwagę, że cały był szerokości może jednego uda Karmeliny, to za wiele nie torował.
   — O, Boruto, o co tobie chodzi, człowieku? Podszedł do ciebie szóstoklasista, czuj się błogosławiony, a nie kręć tu nosem! — zirytował się Grywadzyn. Czarek trochę przypominał mu jego samego: był uparty jak osioł.
     — Chcę wiedzieć, czego ode mnie chcesz. To tak wiele?
Grywadzyn wywinął teatralnie oczyma. Pozycja Cezarego w tej sytuacji była względnie logiczna. Z  tego właśnie powodu nie bardzo przypadała Żółkiewskonowi do gustu. Dopasowywał się on bowiem do szkoły i śladem placówki szczerze jakąkolwiek logiką gardził.
     — Na pewno kojarzysz tę całą Sztafetę Czaromagiczną, jaką sobie umyśliła Samoroża, no nie? — Kowalkiewicz energicznie pokiwał głową. — No więc ja i moja siostra jesteśmy w sztabie naszej szkolnej reprezentacji, jednak brakuje nam jednej osoby i z radością oznajmiam, że będziesz to ty.
    Wyraz twarzy Czarka zaczął powoli ewoluować z lekko zdezorientowanego na totalnie skołowany. O ile to możliwe, jego cienka skóra pobladła. Przez chwilę wyglądał tak, jakby nie wiedział, w którą stronę uciekać.
    — Ja? Ale dlaczego? Ja przecież jestem za młody! — zdziwił się chłopiec, a na jego czole Grywadzyn dostrzegł kropelki potu.
    — Widzieliśmy cię z moim kolegą na lekcji eliksirów wczoraj. Zrobiłeś nalewkę z piołunu! W drugiej klasie! Przecież to program rozszerzony klasy siódmej. Dlatego postanowiliśmy, że chcemy mieć mistrza eliksirów w naszej grupie.
    — Ale ja po prostu lubię gotować eliksiry... — zaczął chłopak. — Nie jestem w tym jakimś mistrzem...
     — O tym to już my sami zdecydujemy.
     Pociągnął chłopaka za sobą, jednak tym razem bez żadnych oporów ze strony Cezarego.
   Wiatr dął dziś równie mocno, co wczoraj. Nie wróżyło to dobrze dla ich spaceru po polu kukurydzy. Akademia Chrumków znajdowała się w starym, ogromnym dworku szlacheckim, otoczonym małą, acz głęboką fosą. Z północy od świata oddzielało ich wielkie Drzewo Mędrców, którego środek dla adeptów do teraz był wielką tajemnicą. Od południa, tuż za fosą rozciągała się malownicza, mała wioska - Antków.
    Antków był staroświecką, rolniczą wioską z wyjątkowo zabobonnymi tubylcami, którzy krzywymi spojrzeniami mierzyli każdego mieszkańca starego dworku. Oficjalna wersja brzmiała, że w budynku znajduje się schronisko dla harcerzy, nie powstrzymywało to jednak nikogo przed ciekawskimi wyprawami do Chrumkowa. Jednak specjalne, rzucane na szkołę czary sprawiały, że za każdym razem, gdy jakiś mugol zbliżał się do bram, zdarzał mu się jakiś niegroźny wypadek: podtapiał się w fosie, wywracał na kamieniu i skręcał kostkę i wiele, wiele innych sytuacji, które odciągały niemagicznych od tego miejsca. I nie ma co, wystarczyło parę lat działania tego czaru, by wszyscy miejscowi mugole omijali tą lokalizację szerokim łukiem, uznając je za przeklęte, a ludzi regularnie tam przebywających za dziwnych.
     Wszędzie wokoło w promieniu dwudziestu kilometrów rozciągały się pola uprawne. Żyzna ziemia obradzała tu w rzepak, pszenicę, kukurydzę i wszelkie wysokie zboża, które pomagały w ukryciu ekscesów dziejących się na terenach akademii.
     Szli we dwoje przez targane wiatrem pole, a niesforne łodygi wysokich roślin nieprzyjemnie chłostały ich ciała. Nie ma co, trzeba było mieć z Kasztanem i Melonem bardzo dobre konszachty, żeby wiedzieć, gdzie znajduje się ich polowa bimbrownia. Dosłownie polowa, bowiem znajdowała się gdzieś na ogromnym, parohektarowym polu pana Brylskiego. Niechby tylko ten okrutny mugol dowiedział się o tym, jakie operacje odbywają się na jego rodowej ziemi, a żadna teleportacja, ani żaden Nimbus nie pomógłby im w ucieczce przed niszczycielską mocą jego wideł.
    W końcu, po odliczeniu czterystu sześciu kroków w kierunku północno-wschodnim, sto pięćdziesięciu jeden z kierunku wschodnim i jedenastu w kierunku południowym Grywadzynowi udało się zaprowadzić Czarka do małej, zasłoniętej kamienną płytą studzienki. Ehh, ten Melon i jego zabezpieczenia... westchnął, po czym wyciągnął różdżkę.
     — Vingardium Leviosa — powiedział głośno i wyraźnie, wysilając przy tym wszystkie swe magiczne moce.
    Pokrywa chwiejnie, powoli podniosła się, tak niepewnie, jakby utrzymywana była przez ostatnie, pękające już włókno jakieś liny. Grywadzyn bardzo ostrożnie poruszał swą różdżką, tak, by przenieść ciężki przedmiot pod studzienkę. Z trudem mu się to udało, a kamienny dekiel upadł z głuchym łoskotem na ziemię.
     — Ki czort?! — dobiegł ich czyjś donośny głos z wnętrza studzienki. Czarek tak się zląkł, że aż podskoczył na ten dźwięk.
     — Znowu Ruscy! — usłyszeli kolejny męski głos.
     — Buraki, to ja, Grywadzyn! — zawołał do ciemnej dziury Żółkiewskon. — Schodzę do was!
     Grywadzyn wszedł na boczną drabinkę, kiwając Kowalkiewiczowi głową, by ten zrobił to samo.
    Zdawało się, że Melon i Kasztan zrobili z tej starej, nieużywanej studni prawdziwy bunkier. Głęboki na piętnaście metrów ubytek na początku wydawał się zaniedbany. Kamienne ścianki sprawiały wrażenie wilgotnych, pokryte mchem, a miejsc nie okrytych pajęczynami ze świecą było szukać. Wystarczyło jednak zejść na sam dół i przejść bardzo niskim tunelikiem parę metrów, by odkryć prawdziwą twarz tego miejsca.
     Grywadzyn był tu już tak wiele razy, że to miejsce wydawało mu się monotonne. Po wyrazie twarzy Czarka uznał jednak, że nie dla wszystkich par oczu widok ten okazywał się równie pospolity. Całą podłogę okrągłego budynku wielkości klasy pokrywało błoto zmieszane z obierkami od ziemniaków. Pod ścianami walały się skrzynie pełne tychże dających szczęście warzyw, a na samym środku stał stół alchemiczny. Salę oświetlało parę lamp oliwnych umiejscowionych w dziurach w starych ścianach. Nie ulegało wątpliwości, że dla młodziutkiego Czarka widok figurował jako to nietuzinkowy. Przez chwilę Grywadzyn czuł nawet, jakby sprowadzał tę niewinną duszyczkę na złą drogę. No, ale przecież nie przyszli tu, żeby kosztować produktów tejże małej, uczniowskiej fabryki.
     — Nawet Niemcy w trzydziestym dziewiątym wchodzili z mniejszym impetem, Grywadzyn — rzucił od niechcenia Melon, siedząc na jednej ze skrzyń z kosturem wędrowców w ręce. Żółkiewskon wciąż nie mógł uwierzyć, że ktoś powierzył mu coś o tak sentymentalnej, kulturowej wartości jak kostur drużyny.
     — No nie wiem, mieszkam z Wilhelem, wiem jak Niemcy potrafią wkroczyć do akcji — zironizował Grywadzyn.
     — Dobra, nieważne. Masz tą dziurę na ile chcesz, tylko potem z powrotem zasuń pokrywę — polecił Kasztan, zakładając na głowę tiarę z metalowym znaczkiem wędrowców, będącą częścią jego munduru. — My wychodzimy na zbiórkę.
     — Nic mi tu nie zniszcz! — dodał przez ramię Melon, a po chwili obaj zniknęli w ciemnym korytarzu. Grywadzyn usłyszał na korytarzu, jak mijali się z Karmeliną.
Dziewczyna już po chwili znalazła się bracie. Ciężko dyszała, a jej spodnie były ubłocone na kolanach. Ramię i policzek miała delikatnie zadraśnięte.
     — Cholerne kukurydze, dostałam w twarz! — oburzyła się, wskazując rozcięcie na policzku. Grywadzyn zaśmiał się delikatnie. Wszelkie wypadki zawsze dotykały jego siostrę, nie jego, jakby była jakąś formą jego tarczy.
       — Masz wszystko? — spytał, nie kontynuując tematu niesfornej kukurydzy.
Karmelina podeszła do stołu pełnego różnych fiolek, pipet a także innych szklanych przyrządów oraz rurek do gotowania prawdziwego, polskiego, płynnego szczęścia i wywracając swój plecak do góry nogami wyrzuciła z niego pełno przedziwnych składników, które w artystycznym nieładzie rozsypały się po całym stole.
      Grywadzyn przyjrzał się wszystkiemu uważnie: krew smoka, starty róg jednorożca, dymne fasolki. Postarała się.
     — Kupiłam wszystkiego po trochu — oznajmiła dumna z siebie.  — Chociaż dalej sądzę, że robienie tego za plecami Willy'ego to zły pomysł.
     Grywadzyn zignorował totalnie jej uwagę, nakazując Czarkowi stanąć za stołem i działać. Czarek przez chwilę protestował, wymigując się brakiem weny, czy w ogóle jakichkolwiek instrukcji. Grywadzyn jednak nie zamierzał mówić mu, co ma robić. Po prostu chciał zobaczyć, co takiego Kowalkiewicz z tego wszystkiego ZROBI.
     Usiadł razem z Karmeliną na dużym, blaszanym baniaku, przyglądając się uważnie każdemu ruchowi Kowalkiewicza. Chłopak miał chude, ale bardzo zręczne palce. Kroił, siekał, rozrywał, zgniatał. Wszystkie te ruchy przychodziły mu tak jakby automatycznie. Grywadzyn i Karmelina zawsze musieli posiłkować się recepturą, on jednak zachowywał się, jakby w jego głowie siedział mały mistrz eliksirów i mówił mu wszystko krok po kroku. Dynamicznie mieszał bulgocące składniki w kociołku, na jego twarzy ani przez minutę nie było widać zwątpienia w to, co robi.
      Gdy po czterdziestu minutach zakończył swą z pietyzmem tworzoną miksturę, bliźniaki niepewnie podeszły do kociołka. Proces przygotowania tego eliksiru był tak drobiazgowy, idealny, że bali się, by nie uczynić nic złego owocowi niedawnej pracy Cezarego.
      Grywadzyn spojrzał na zawartość zardzewiałego kociołka. Zanim jeszcze przyjemny zapach pasty do butów i cynamonu dobiegł jego nozdrzy, rozpoznał wywar od razu. Unoszące się na jego powierzchni bąbelki w kształcie serduszek zdradzały go niemal od razu.
    — Zrobiłeś amortencję? — zapytała z niedowierzaniem Karmelina. Grywadzyn też przez parę minut nie mógł w to uwierzyć, co by nie mówić, amortencja była tylko jeden szczebel niżej od płynnego szczęścia i eliksiru czystej śmierci. — Ale... jak?
    — Przez chwilę zastanawiałem się, co tu zrobić z tych wszystkich składników  — odparł nagle ożywiony Czarek.  — A potem olśniło mnie, że to przecież gotowa receptura na amortencję.
    — No, nie... jak mogłaś mieć wątpliwości, Karmelino? Mówiłem, żebyś mi zaufała! — rzucił oskarżycielskim tonem Grywadzyn. — To geniusz. Stary, jesteś w sztabie!
    Cezary chyba przez chwilę nie mógł uwierzyć w to, co słyszy. Zszokowany aż otworzył usta ze zdziwienia.
    — Naprawdę?
     — Tak — potwierdziła bez zawahania Karmelina. — Tylko wylej gdzieś tę amortencję, bo jeszcze Kasztan i Melon pomylą ją z bimbrem i będzie problem.
     Czarek uśmiechnął się szeroko i wylał eliksir do pobliskiego kosza na śmieci.
     Cały, pełny sztab drużynowy ruszył drogą powrotną do szkoły. Nawet przez myśl im nie przeszło, że pojemnik z obierkami, do którego Cezary Kowalkiewicz wylał amortencję, wcale nie był koszem na śmieci. A jego zawartość wcale nie miała iść na zmarnowanie.

***

Hejka!
Pod ostatnim rozdziałem odezwało się parę osób, co mnie piekielnie cieszy, bo to znaczy, że ktoś jest jednak tym zainteresowany. Co myślicie póki co o mojej kreacji polskiego świata? Nie zajechałam za mocno parodią?
Słyszałam, że najbardziej lubicie Gryfka. Nie dziwię się, właśnie o taki efekt mi chodziło. Jako, że mam już napisanych parę rozdziałów i teraz nanoszę na nie poprawki, chciałam powiedzieć, że ZMIENIŁAM imię piątej osoby w sztabie. Na miejsce Marty wrzuciłam Zosię, którą poznacie niebawem, bo niestety nie miałam miejsca już wcisnąć Marty i totalnie o niej zapomniałam.
Przepraszam, że musieliście tyle czekać na rozdział. Nie wiem kiedy pojawi się następny, ale pewnie nie najszybciej bo jest BARDZO długi. Radzę też zajrzeć do zakładki "O szkole", bo dopisałam tam wiele ciekawych faktów.
Do następnego,
Sleepka :)

7 komentarzy:

  1. Przeczytałam i jestem zachwycona! :D
    Z jakimś bardziej konkretnym komentarzem pojawię się jakoś niedługo. c;

    Grywadzyn spojrzał na zawartość zardzewiałego kociołka. Zanim jeszcze przyjemny zapach pasty do butów i cynamonu dobiegł jego nozdrzy, rozpoznał wywar od razu.
    Jestem ogromnie ciekawa, kto tak pachnie. :)) *trzyma kciuki za ship życia*

    Cały, pełny sztab drużynowy ruszył drogą powrotną do szkoły. Nawet przez myśl im nie przeszło, że pojemnik z obierkami, do którego Cezary Kowalkiewicz wylał amortencję, wcale nie był koszem na śmieci. A jego zawartość wcale nie miała iść na zmarnowanie.

    Najlepszy fragment! Poza oczywiście, wędrowcami i ich pokątnie pędzonym bimbrem. XD
    Trzymaj się ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej! Jest mi tak niezmiernie miło! Wystarczy jeden taki komentarz i ja już mam paliwo, żeby dalej pisać!
      MOJE OPKO MA SWÓJ PIERWSZY SHIP! STAŁAM SIĘ DUMNĄ MATKĄ :)
      Trzeba mu wymyśleć jakąś nazwę :p
      Btw, jakbyś była ciekawa, na nagłówku jest Grywadzyn, ale dam ci zgadnąć, który to :)

      Usuń
    2. Gryfek to pewnie z ten tu z przodu, na pierwszym planie. Czyli w pewnych kręgach zwnany jako Aang. xD Tak strzelam, bo rozlał atrament i w ogóle. Ship nazwałam Gielerem i wcale się tego nie wstydzę. :D Aczkolwiek na inne nazwy też jestem otwarta. C:

      Usuń
    3. Gieler to super nazwa. Ale Gryfek to nie Aang, lecz chłopak obok z samurajkiem siedzący w ławce z dziewczyną. Niedługo ją poznasz, ale nie bój się. To żadna miłość. Przynajmniej nie dwustronna :p

      Usuń
    4. Ooo, a myślałam, że trafiłam. No nic, chłopak z samurajkiem nawet lezpszy. :)

      Usuń
  2. Jestem xD wciąż niesamowicie mi się podoba. zastanawia mnie jedno - jak K mogła pójśc kupi te wszystkie składniki do wioski, skoro napisałaś wyrażnie, że Antków (sorry, jeśli przekręcilam nazwę) jest mugolski? Mały jest niesamowity, wrodzony talent. Z pewnoscią przyda się w drużynie. Ciekawi mnie, jaki talent będzie miała Marta :P Ponadto w Czarku podoba mi się to,ze ma swoje zdanie, nie boi się starszych uczniów i nie dał się po prostu ot tak pociągnąć. Dobrze to o nim świadczy.
    Pomysł z bimbrownia jest genialny i bardzo, bardzo rzeczywisty xD
    To jest parodia, ale taka idelana. W sensie, że wywołuje też inne uczucia, np. widać juz teraz prawdziwą przyjaźń. Jeśli codzi o to, co najbardziej mnie rozśmieszyło, to bezsprzecznie był tekst o niedyspozycyjności i tego, że Gryfek uważa, że to zaklęcie. PRawie spadłam z krzesła, jak to przeczytałam.
    Tutaj zauważyłam, że napisałaś łacznie "może by", plus "z resztą" zamiast "zresztą" (z deczka inne znaczenia. BYło też trochę powtórzeń, np. przy opisie K jako tarczy G trzy razy w jednym zdnaiu napisałas "jego". Zauważyłam tażke, że czasem piszesz b długie zdania - czasem aż za długie ;p
    z niecierpliwoscią czekam na ciag dalszy i kolejne opisy szkoły, jak również przygoód naszyc bohaterów. Jestem bardzo ciekawa, w jaki sposób uczniowie są tutaj podzieleni. Aż chyba pójdę zapoznać sie z podzakładkami. dodam także, że b. podoba mi się szablon.
    Zapraszam na niezaleznosc-hp.blogspot.com i pozdrawiam gorąco

    OdpowiedzUsuń
  3. będzie tu coś jeszcze?

    OdpowiedzUsuń

"Stając w świetle zadania, jakim jest przyciągnięcie do Chrumkowskiej Akademi jak największej ilości światłych umysłów, informuję ja was, że każdy przyzwoity członek czaromagicznego, słowiańskiego społeczeństwa o niezachwianej świadomości narodowej, powinien się z sumieniem swym rozliczyć, czyli komentarz po sobie zostawić."
Wielki Magus, Przewodnicący Rady Radomia, Kawaler Orderu Boruty II stopnia~ Antoni Macierewicz.
PS; w przypadku sprzecznej z sumieniem postawy, dom człowieka takiego może przypadkiem znaleźć się w centrum strefy atomowej.

Czarodziejscy Radni Radomscy